Przerażające, prawda? Zwłaszcza, że nie mówię o asteroidzie typu "może przeciąć atmosferę i dać nam ładny pokaz świetlny", ale o prawdziwej asteroidzie. Takiej, która miałaby własną stronę w Wikipedii i przewidywaną strefę uderzenia wielkości Francji. Załóżmy, że minie dwanaście miesięcy, zanim gra skończy się dla całej cywilizacji. Jakie to ponure?

Hollywood chciałoby, abyśmy wszyscy uwierzyli, że ludzkość zareaguje, łącząc siły. Rządy będą współpracować, Bruce Willis ogoli głowę, uderzy kogoś w NASA i uratuje nas wszystkich z zapasem zaledwie pięciu minut. To oczywiście zawsze była kompletna bzdura.

To, co by się stało, prawdopodobnie wyglądałoby bardziej tak. Przez pierwsze 48 godzin nikt by w to nie uwierzył. Naukowcy zorganizowaliby konferencję prasową z wykresami, animacjami i facetem ze wskaźnikiem laserowym mówiącym: "To statystycznie znaczące wydarzenie na poziomie wymierania". Natychmiast ktoś w mediach społecznościowych odpowiedziałby: "Zabawne, że ta 'asteroida' pojawia się akurat wtedy, gdy znów chcą podnieść opłaty paliwowe". W ciągu kilku godzin na YouTube pojawiłyby się filmy zatytułowane "ASTEROID HOAX EXPOSED", w których mężczyzna z ogromnymi słuchawkami wyjaśniałby, że skały nie mogą podróżować w kosmosie, ponieważ "przestrzeń kosmiczna jest symulacją", a uderzenie asteroidy jest kłamstwem zaplanowanym przez "głębokie państwo" i to wszystko wina Donalda Trumpa i Nigela Farage'a.

Rządy wpadłyby w panikę, odbyłyby się nadzwyczajne szczyty, nie po to, by powstrzymać asteroidę, ale by spierać się o to, kto zostanie obwiniony, gdy w końcu uderzy. Amerykanie oskarżyliby Chińczyków o "nieudostępnianie danych o asteroidzie". Chińczycy oskarżyliby Amerykanów o "zbrojenie kosmicznych skał". Europa utworzyłaby komitet, który zdecydowałby, jakiej czcionki użyć w publicznych ulotkach informacyjnych. Brytyjski rząd natychmiast ogłosiłby "solidną i wiodącą na świecie strategię gotowości na asteroidy", która obejmowałaby niedziałającą infolinię (0800) i stronę internetową, która zawiesiłaby się pod naporem ludzi próbujących dowiedzieć się, czy Kent nadal będzie istniał. A potem, nieuchronnie, ktoś by to upolitycznił. Jedna partia powiedziałaby, że asteroida jest bezpośrednim wynikiem wieloletniego niedofinansowania nauki. Inni twierdziliby, że gdybyśmy nie opuścili UE, wspólny wysiłek Wielkiej Brytanii i UE mógłby uratować dzień i planetę.

Reakcja opinii publicznej podzieliłaby się na cztery obozy. Pierwsza grupa wpadłaby w panikę. Supermarkety zostałyby ogołocone w ciągu kilku godzin, nie z podstawowych artykułów, takich jak lekarstwa czy baterie, ale z papieru toaletowego, prosecco i suszonego makaronu. Doszłoby do walk na pięści o pomidory w puszce, ktoś gromadziłby komosę ryżową, mimo że nikt tak naprawdę jej nie lubi.

Druga grupa zaprzeczyłaby wszystkiemu. Ci ludzie nadal rezerwowaliby wakacje, upierając się, że "od lat przepowiadają koniec świata". Nadal planowaliby wyjazd do Benidormu, tak jakby asteroida grzecznie zgodziła się poczekać, aż spędzą wakacje.

Trzecia grupa spieniężyłaby całą sprawę. Influencerzy filmowaliby siebie płaczących do świateł pierścieniowych. Guru survivalu sprzedawaliby kursy "Asteroid Ready" za 499 funtów, ucząc nas, jak zbudować bunkier z palet, a potem mieć nadzieję. Pojawiłyby się markowe bluzy z kapturem z nadrukowanym szarą czcionką #AsteroidLife. Netflix zamówiłby sześcioczęściowy film dokumentalny, którego narratorem byłby ktoś szepczący dramatycznie o "skale, która zmieniła wszystko". Amazon wyprzedałby teleskopy, aby ludzie mogli wpatrywać się w coś, co ma ich zabić.

A czwarta grupa? Są najbardziej irytujący. Narzekaliby, że ostrzeżenia przed asteroidami są zbyt alarmistyczne lub niewystarczająco alarmistyczne, a mapa uderzenia jest myląca.

Można by pomyśleć, że w ciągu roku ludzkość zjednoczy się, by spróbować to powstrzymać. W końcu mamy rakiety, mamy broń jądrową, a nawet mamy Elona Muska, który od lat pragnie wystrzelić coś dramatycznego w kosmos. Ale tutaj pojawia się problem. Uzgodnienie sposobu zatrzymania asteroidy zajęłoby co najmniej 11 z pozostałych 12 miesięcy.

Jednym z planów byłoby delikatne szturchnięcie jej statkiem kosmicznym. Inny zakładałby jej całkowite wysadzenie. Inny sugerowałby pomalowanie jej na biało, by odbijała światło słoneczne. Ktoś zasugerowałby "myśli i modlitwy", a Greta Thunberg słusznie zauważyłaby, że asteroida nie jest prawdziwym problemem.

Potem pojawią się prawnicy. Jeśli odchylimy asteroidę i uderzy ona w inne miejsce, kto będzie za to odpowiedzialny? Jeśli rozpadnie się na kilka części i jedna z nich spłaszczy Belgię, to czy Belgowie otrzymają odszkodowanie? Czy można pozwać asteroidę? Pytania te byłyby przedmiotem długich debat, podczas gdy asteroida zbliżałaby się do nas z prędkością 30 000 mil na godzinę.

Ostatecznie misja zostanie zatwierdzona. Przekroczyłaby ona budżet, byłaby opóźniona w stosunku do harmonogramu i obsadzona częściowo przez ludzi, którzy kiedyś organizowali Igrzyska Wspólnoty Narodów. Start zostałby opóźniony, ponieważ nie można znaleźć schowka, a silna północna bryza zagraża bezpieczeństwu. Kiedy w końcu wystartuje, ktoś odkryje, że kluczowy komponent został zlecony najniższemu oferentowi i nie przetrwa w temperaturach powyżej temperatury pokojowej. Ups!

Przez cały czas normalne życie toczyłoby się w najbardziej dziwaczny sposób, jaki można sobie wyobrazić. Ludzie nadal chodziliby do pracy, nadal narzekaliby na korki, nadal kłóciliby się o to, czy samochody elektryczne są gorsze od diesli, podczas gdy, szczerze mówiąc, za dziewięć miesięcy nie będzie miało znaczenia, czym jeździsz, ponieważ nie będzie już żadnych dróg, po których można by jeździć. Odbędą się ostatnie koncerty, ostatnie mecze piłki nożnej i niekończące się okazje turystyczne "ostatniej szansy", dzięki czemu biura podróży będą mogły czerpać ogromne zyski, których nigdy nie będą w stanie wydać. Moglibyśmy zobaczyć Paryż, zanim wyparuje, za 6 999 funtów. Ryanair pobierałby dodatkowe opłaty za miejsca z widokiem z okna na uderzenie, a asteroida byłaby oczywiście wyraźnie widoczna z Alentejo.

W miarę zbliżania się ostatnich tygodni panował dziwny spokój. Prezenterzy wiadomości uśmiechaliby się odrobinę za bardzo, prognozy pogody wydawałyby się lekko absurdalne, ze słonecznymi zaklęciami na północy i całkowitą zagładą na południu do sobotniego wieczora. Świetnie.

Ostatniego dnia politycy wygłaszaliby przemówienia na temat ludzkiej odporności. Miliarderzy wycofaliby się do bunkrów, które po cichu budowali od lat. Wszyscy inni zgromadziliby się z przyjaciółmi, rodziną lub zupełnie nieznajomymi w pubach, na plażach lub w ogrodach, wpatrując się pustym wzrokiem w niebo. A kiedy asteroida w końcu dotrze do atmosfery, nastąpi ostatnia, bardzo ludzka reakcja. Ktoś, gdzieś, spojrzałby w górę i powiedział. "O mój Boże, to jest o wiele większe niż mówili".

I w tym krótkim, spektakularnym i ostatecznym momencie stałoby się jasne, że koniec świata nie przyszedł wraz z bohaterstwem, jednością czy wielkimi rozwiązaniami. Nadszedł wraz z kłótniami, niekompetencją, głupimi memami i wadliwymi rządowymi stronami internetowymi. To bardziej przypadek "Ahh-my-giddy-aunt!" niż Armageddon.