Niewiele brakowało, a rzucilibyśmy monetą, aby zdecydować, gdzie zjeść niedzielny lunch: czy wybierzemy jedną z restauracji, które były częścią lokalnego weekendu gastronomicznego, czy też pójdziemy gdzieś, gdzie nie zapisaliśmy się na miejską imprezę? Ostatecznie wybraliśmy miejsce, w którym nigdy wcześniej nie byliśmy, ale które było dogodnie zlokalizowane w pobliżu miejsca, w którym mieliśmy kilka niedzielnych porannych spraw do załatwienia. Restauracja była jednym z uczestników Fim de Semana Gastronómico.
Cóż, tak napisano na miejskiej stronie internetowej, ale kiedy zapytaliśmy, przestudiowaliśmy menu i nie wymieniono ani jednej pozycji z listy festiwalowej. Szczerze mówiąc, ta informacja nie przyprawiła nas o ból serca. Przełknęliśmy kilka najwyższej klasy entradas (wszystkie niefestiwalowe), decydując, że ich oferta bacalhau com broa była zbyt dobra, by ją przepuścić, więc właśnie to zjedliśmy. Był to również dobry wybór - krucha, świeża broa, która pokryła rybę, była aromatyzowana odpowiednią ilością czosnku, a rezultat był totalną rozkoszą, rodzajem rozkoszy, która wymaga ciszy, gdy delektujesz się nią w pełni.
Pikantne doświadczenie
Restauracja była pełna, tak jak powinna. To nie prowadzi do delektowania się w ciszy, a jeśli już, to stoliki były odrobinę zbyt blisko siebie, jak na mój gust (co ostatecznie było moją jedyną krytyką tego miejsca i posiłku). W rezultacie złożone reakcje między czosnkowym broa i doskonale ugotowanym bacalhau musiały zostać zasymilowane w tle chóru mieszanych głosów. Wśród zgiełku głosów nie sposób było nie zauważyć, że pięcioosobowy stolik po jednej stronie odgrywał bardzo interesującą wersję Wieży Babel. Bardzo rzadko jadamy w miejscach, w których mówi się w językach innych niż portugalski, więc to raczej się wyróżniało. Okazało się, że jedna osoba z grupy mówiła tylko po francusku, jedna tylko po angielsku, a trzy mówiły po portugalsku. Spośród Portugalczyków jeden mówił całkiem dobrze po angielsku, ale nie po francusku, inny z nich mówił po francusku, ale nie po angielsku, podczas gdy inny nie mówił ani po francusku, ani po angielsku. Niemniej jednak język płynął, śmiech falował, a różne aplikacje telefoniczne pomagały od czasu do czasu i znaleźli sposób, aby wszyscy byli zaangażowani. Doskonale. Kontrastowało to z parą siedzącą po drugiej stronie, która nie powiedziała do siebie ani słowa podczas całego trzydaniowego posiłku. Być może całe ich doświadczenie było zbyt dobre, by przerywały je zwykłe słowa. Być może.
Potem nadszedł moment bolo de bolacha. Prowadzę tę rygorystyczną ankietę od wielu lat, choć jako pierwszy przyznaję, że nie mam żadnych kryteriów co do tego, co stanowi dobre bolo, a co nie. Ale, jak przypuszczam, jeśli niektórzy ludzie mogą zarządzać całym krajem bez pojęcia o tym, co robią, to dlaczego nie mogę pobrać próbek sobremesas przy użyciu tych samych kryteriów? Rzecz w tego rodzaju ankietach polega na tym, że od razu wiesz, jeśli uważasz, że próbka nie jest odpowiednia, ale nie zawsze możesz wyjaśnić, dlaczego tak jest. Zbyt słodkie? Zbyt miękki? Zbyt syntetyczna? Zbyt paskudny? Ale to rodzi pytania: jaki jest wymagany stopień słodyczy, miękkości, naturalności i niesmaczności, i jak te rzeczy mają być mierzone? Te same pytania pojawiają się, gdy zdajesz sobie sprawę, że to, co jesz, jest doskonałe. Tak, wiesz, że tak jest, ponieważ coś w tobie mówi "wow" - ale jakie są dokładne kryteria wystąpienia efektu "wow"?
Odpust
To był jeden z tych momentów "wow", ale zapędziłem się w kozi róg. Nie mogłem tego opisać, nie brzmiąc ani zbyt oderwanie i naukowo, ani zbyt intensywnie i poetycko, a spójrzmy prawdzie w oczy, ani techniczne, ani literackie wyjaśnienie nie jest wymagane podczas niedzielnego obiadu, nawet w mrocznych zakamarkach własnego umysłu. Tak, trafił we wszystkie przyciski tekstury (miękki z odrobiną sprężystości) i słodyczy (nie za dużo, ale też nie za mało), a posypka ze sproszkowanych herbatników na wierzchu była, hm, czym? - lukrem na torcie? Co za ulga, pomyślałem, że nie oferowali gastronomicznego menu weekendowego (jak reklamowano), ponieważ gdyby tak było, brodziłbym przez kolejny talerz pão-de-ló. Zawsze uważam, że najlepszą rzeczą w pão-de-ló jest to, że jedzenie nie zajmuje dużo czasu i nigdy nie ma męki, jak to opisać. "Meh" zawsze dobrze sobie z tym radzi.
Nie ma nic, co mógłbym zrobić z tą informacją. Nie mam wykresu rejestrującego doskonałość - lub jej brak - różnych bolos de bolacha, których próbowałem przez lata. Powodem, dla którego nie mam takiego wykresu, jest po pierwsze to, że nie mam dwunastu lat, a po drugie, że sprowadzanie czegokolwiek, nawet ciasta, do prostoty "ta rzecz jest lepsza od tamtej" jest zwykle głupim nonsensem. Żeby było jasne, nie będę oddawać się bezsensownym porównaniom, choć z przyjemnością oddam się degustacji bolo de bolacha, ile tylko zdołam. Proszę o sugestie!




Follow us on social media