Nie chodzi tylko o niszczącą duszę mgłę, nieubłaganą mżawkę lub delikatny, poetycki rodzaj, który pada na łąkę Jane Austen. Nie, mówię o właściwej, bocznej, niszczącej morale burzowej odmianie. Przynoszą rodzaj deszczu, który wsiąka w skarpetki, gdy stoisz idealnie nieruchomo. Rodzaj, który sprawia, że pies patrzy na ciebie z wyrazem twarzy, który mówi: "Czy naprawdę znowu to robimy?". Pewnego dnia, zwykle gdzieś pomiędzy otrzymaniem trzeciego zimowego rachunku za gaz a czwartą dziurą w drodze do lokalnego Tesco, ktoś wypowie fatalne słowa: "Czy powinniśmy po prostu przenieść się do Portugalii?".
I właśnie w ten sposób Margaret i Geoff z Wolverhampton rozpoczynają proces przenoszenia całego swojego życia do małego iberyjskiego kraju, którego języka nie znają, którego biurokracja przypomina średniowieczne poszukiwanie skarbów i którego lata są wystarczająco gorące, by stopić deskę rozdzielczą ich samochodu.
Finanse
Zacznijmy jednak od dobrych stron, ponieważ jest ich wiele. Po pierwsze, pogoda. Portugalia znajduje się w swoistym meteorologicznym sweet spocie, gdzie słońce świeci przez około 300 dni w roku. Oznacza to, że brytyjscy emeryci przyjeżdżają mrugając jak świeżo wypuszczone krety. W ciągu kilku tygodni ich odcień skóry zmienia się z mlecznobiałego na lekko przypieczoną bagietkę i zaczynają mówić takie rzeczy, jak "Och, po prostu musimy zjeść nasz lunch na zewnątrz". Tak, na zewnątrz, w lutym! W domu jedzenie na zewnątrz w lutym oznacza odmrożenia i zaskoczonego gołębia, który myśli, że stara Maggie w końcu się odwróciła.
Do tego dochodzą koszty życia. A przynajmniej postrzeganie znacznie niższych rachunków. Emerytowane pary przyjeżdżają przekonane, że odkryły finansowy odpowiednik El Dorado. "Spójrz, Sandra!", mówi Alan, ściskając menu, "Dwie kawy i pastel de nata za 2,50 €!".
Zostaje to powitane z rodzajem podziwu zwykle zarezerwowanym dla lądowań na Księżycu.
Wkrótce entuzjastycznie deklarują, że ich brytyjskie emerytury będą sięgać mniej więcej trzy razy dalej niż w Croydon. Przez pewien czas wydaje się to być prawdą. Wino wydaje się tańsze niż woda butelkowana, a menu lunchowe oferuje trzy pełne dania w cenie wiotkiej kanapki w Charnock Richard Services. Nieruchomości, szczególnie w głębi lądu, wydają się absurdalnie przystępne cenowo, co prowadzi nas do domów.
Ach tak! Portugalska nieruchomość marzeń. Agenci nieruchomości pokażą ci "uroczy tradycyjny dom wiejski", co jest zasadniczo romantycznym sposobem opisania kamiennej ruiny bez dachu i kozy mieszkającej w miejscu, które kiedyś było kuchnią. Ale brytyjscy emeryci uwielbiają takie rzeczy. "Wyremontujemy go!" oświadczają, stojąc wewnątrz tego, co w 1873 roku było łazienką. Wkrótce zagłębiają się po kolana w rysunki architektoniczne, próbki płytek i wykonawcę o imieniu João, który kiwa głową uspokajająco, mówiąc portugalski odpowiednik "być może".
Oczywiście renowacja w Portugalii działa w wyjątkowej skali czasowej znanej tylko filozofom i budowniczym katedr. Projekt, który miał zająć trzy miesiące, może w rzeczywistości trwać od ośmiu miesięcy do śmierci wszechświata. Mimo to optymizm pozostaje wysoki, ponieważ, co najważniejsze, wino wciąż kosztuje tylko 3 euro za butelkę i jest całkiem zdatne do picia. Dzięki Bogu.
Biurokracja
A co ze stylem życia? Jak wiemy, Portugalia porusza się w tempie, które sprawia, że Wielka Brytania wygląda jak współczesne Tokio. Sklepy zamykane są na lunch, banki zamykane są wcześnie, a urzędy państwowe wydają się działać zgodnie z harmonogramem, który luźno przypomina sugestię. Za pierwszym razem, gdy brytyjski emigrant spróbuje "wpaść do ratusza", szybko odkryje, co następuje. Potrzebują trzech formularzy, z których jeden musi zostać podstemplowany gdzie indziej, ale biuro, które faktycznie MUSI go podstemplować, jest zamknięte do wtorku. To właśnie wtedy wielu emerytów odkrywa wielką portugalską instytucję znaną jako biurokracja.
Ale urzędnicy są niezawodnie uprzejmi. Nawet się uśmiechają. Ale mimo to, przerażająca papierkowa robota musi być wypełniona dokładnie w odpowiedniej kolejności, przy użyciu odpowiedniego koloru tuszu, podczas określonej fazy księżyca. Dla byłych brytyjskich profesjonalistów, inżynierów, księgowych lub emerytowanych dowódców skrzydeł RAF, może to być początkowo lekko traumatyczne. A jednak, o dziwo, zaczynają się przystosowywać. Po kilku miesiącach dzieje się coś niezwykłego. Stres znika. Nagle Geoff nie sprawdza wiadomości co dziesięć minut, Margaret nie narzeka na korki na autostradzie M6, a najważniejszą decyzją dnia staje się to, czy na lunch wybrać grillowane sardynki, czy grillowanego okonia morskiego. Ludzie w końcu zaczynają więcej chodzić. Nawet rozmawiają więcej, siedząc godzinami przed kawiarniami, nie robiąc absolutnie nic.
Kredyty: Pexels; Autor: Regina Ferraz;
Portugalia stała się magnesem dla emigrantów każdego rodzaju. Brytyjczycy, Holendrzy, Niemcy, Francuzi, Skandynawowie. Wiele miejsc pracy. Całe wioski funkcjonują teraz w czymś w rodzaju wesołej zupy językowej, w której nikt nikogo w pełni nie rozumie, ale i tak wszyscy wydają się całkiem nieźle dogadywać. Wkrótce Geoff gra w bule z Belgiem o imieniu Luc i emerytowaną szwedzką dentystką o imieniu Ingrid. Margaret dołączyła do grupy jogi składającej się z dwunastu narodowości i labradora. Istnieją kluby książki, kluby spacerowe, kluby wina i, co nieuniknione, kilka klubów poświęconych wyłącznie narzekaniu na portugalską biurokrację.
Ale to nie tylko słońce i aromat świeżo grillowanej ryby. Oczywiście będą pewne minusy. Pierwszym z nich jest odległość. Portugalia jest cudowna, ale to nie tylko kawałek drogi od Halesowen. Rodzinne urodziny, szkolne przedstawienia wnuków, świąteczne kolacje. Nagle te podstawowe sprawy rodzinne wymagają lotnisk, rzeczywistego planowania i czasami Ryanair. To będzie moment, w którym Margaret zda sobie sprawę, że tęskni za Marks & Spencer bardziej, niż się spodziewała, a Pete zda sobie sprawę, że portugalskie curry po prostu nie do końca się sprawdzają.
Pogoda
A co z upałem?
Cóż, latem Portugalia nie próżnuje.
Temperatury mogą z łatwością przekroczyć 35°C, a powietrze staje się wystarczająco gęste, by je przeżuć. Nawet psy kładą się w cieniu, kwestionując swoje życiowe wybory. Ale brytyjscy emeryci początkowo wierzą, że im się to spodoba. Po dwóch tygodniach fali upałów będą błąkać się po domu, mrucząc: "Dobry Boże, jest ciepło". W sierpniu będą siedzieć przed klimatyzatorem w samych szortach i wpatrywać się w dal.
A jednak, pomimo tego wszystkiego, większość emigrantów nie marzy o powrocie.
Bo prawda jest taka, że tutaj życie staje się prostsze. Chodzi o poranną kawę w lokalnej kawiarni, o świeży chleb z piekarni i długie lunche, które zamieniają się w jeszcze dłuższe popołudnia. Wieczory spędza się na oglądaniu słońca zanurzającego się w Atlantyku, podczas gdy ktoś w pobliżu grilluje frango na węglu drzewnym.
Więcej niż perfekcja
Jasne, nie jest idealnie, ale perfekcja nigdy nie była celem. Chodzi o to, by obudzić się i pomyśleć: "Właściwie... to jest całkiem fajnie". Dlatego też tysiące brytyjskich par przyjeżdża tu każdego roku, uzbrojonych w broszury nieruchomości, na wpół wyuczone portugalskie zwroty i mocne przekonanie, że mogą wyremontować 200-letni dom w ciągu zaledwie sześciu miesięcy.
Niektórzy będą zmagać się z językiem, niektórzy z papierkową robotą, a niektórzy w końcu odkryją, że portugalscy budowlańcy działają zgodnie z kalendarzem, który najlepiej opisać jako interpretacyjny.
Ale wielu odkryje też coś zupełnie innego.
Światło słoneczne, przestrzeń i przede wszystkim: Czas. Jeśli chodzi o okropny, cholerny deszcz? Cóż? To już problem kogoś innego, prawda?





