Istnieje ciekawe zjawisko, które występuje wśród wielu Brytyjczyków, którzy przeprowadzają się do Portugalii.
Wszystko zaczyna się dość niewinnie. Mogą kupić kilka chłodzących lnianych koszul w sklepie Chinês w VRSA. Potem nagle zaczynają zamawiać "świeże ryby" z całym zapałem, który Brytyjczycy zwykle rezerwują dla dobrego balti. Bez ostrzeżenia staną się ludźmi, którzy publicznie opiszą zalany mżawką park handlowy w Croydon jako "absolutnie okropny". Co prawdopodobnie jest prawdą.
Poznajcie Wielkich Odrodzonych Brytyjczyków. Ekspaci, znani wcześniej jako Dave i Sue ze Swindon.
Od razu ich rozpoznajemy. Siedzą przed kawiarniami w Algarve w lutym w okularach przeciwsłonecznych, mimo że jest tam tylko nieznacznie więcej światła słonecznego niż w Bournemouth. Piją małe espresso, tłumacząc, że "w dzisiejszych czasach całkowicie oderwali się od brytyjskiego sposobu myślenia". Co jest niezwykłe, biorąc pod uwagę, że prawdopodobnie nadal spędzają kilka godzin na Facebooku z Kevem i Sonią z Milton Keynes. Aha, i mają tendencję do mieszania się tylko z innymi brytyjskimi emigrantami.
Gastronomia
Transformacja może być dość zdumiewająca. Facet, który kiedyś jadł mrożoną islandzką lasagne, oglądając niekończące się powtórki Top Gear, teraz mówi z zamglonym podziwem o "sezonowej ośmiornicy". Jego żona zaczyna mówić o sobie "śródziemnomorska". Jest w Portugalii od nieco ponad jedenastu miesięcy, a mimo to udało jej się spalić ramiona w kwietniowym słońcu Albufeiry!
Potem następuje wielkie potępienie samej Wielkiej Brytanii. Brytyjskie jedzenie? Najwyraźniej niejadalne: "Po prostu nie można dostać odpowiednich produktów w Wielkiej Brytanii", mówi kolega, który kiedyś uważał ciasto Fray Bentos za haute cuisine. Nagle każdy brytyjski posiłek jest opisywany jako beżowy, przetworzony lub "przemysłowy". Fish & Chips staje się fizycznym dowodem społecznego upadku. O bułce z kiełbasą Greggs mówi się tak, jakby była azbestem owiniętym w ciasto. W międzyczasie lokalni Portugalczycy siedzą w pobliżu, szczęśliwie chrupiąc bifanas, frytki, słodkie wypieki, krokiety i smażone w głębokim tłuszczu placki z dorsza wraz z wystarczającą ilością peklowanej wieprzowiny, aby ogłuszyć kardiologa.
Rzeczywistość jest oczywiście taka, że Wielka Brytania, zwłaszcza w dzisiejszych czasach, oferuje wspaniałe jedzenie. Brytyjskie miasta mają jedne z najbardziej zróżnicowanych restauracji, jakie można sobie wyobrazić. Od tajskich po marokańskie, od indyjskich po włoskie. W dzisiejszych czasach Wielka Brytania ma wszystko. Ale urodzeni emigranci muszą odrzucić ten mały fakt, ponieważ nostalgia jest dla nich ryzykownym biznesem. Nostalgia prowadzi do myśli takich jak "Może Reading nie było wcale takie złe?".
Credits: Pexels; Autor: ROMAN ODINTSOV ;
Metamorfoza
Polityka jest miejscem, w którym metamorfoza osiąga pełną moc. Po wyjeździe za granicę wielu brytyjskich emigrantów staje się politycznymi geniuszami. Emerytowany księgowy z Dudley nagle wygłasza długie wykłady na temat "dysfunkcji Westminsteru", siedząc obok basenu w kształcie nerki. "Wielka Brytania jest skończona", oświadcza stanowczo. Mówi to facet, który wciąż odnawia swój brytyjski paszport, pobiera brytyjską emeryturę, ogląda brytyjską telewizję i narzeka, jeśli lokalna kawiarnia w Silves nie serwuje prawdziwego bekonu.
Wielka Brytania, według takich filozofów-ekspatów, stała się dystopijnym pustkowiem zamieszkałym w całości przez grupę nieszczęśliwych osób dojeżdżających do pracy, jedzących kanapki Pret pod wiecznie szarym niebem. Tymczasem Portugalia przedstawiana jest jako ziemski raj, w którym uśmiechnięci rybacy rozdają pomarańcze pięknym dzieciom, podczas gdy muzyka Fado delikatnie dryfuje po brukowanych wioskach, nietknięta przez pełzającą rękę nowoczesności. Narracja ta przetrwała pomimo przerostu portugalskiej biurokracji, która może sprawić, że średniowieczna stomatologia będzie wyglądać nieco wydajniej.
Nikt nie wspomina o żadnych rzeczywistych wyzwaniach napotkanych w Portugalii. Zamiast tego ekspatka Pollyanna w swoich post-inspiracyjnych aktualizacjach na Facebooku pisze takie rzeczy jak: "Tutaj ludzie rozumieją, jak ŻYĆ". Jest to zwykle pisane po wygodnym zapomnieniu o czekaniu czterech godzin w biurze finansowym, ponieważ ktoś podstemplował niewłaściwy kawałek papieru w 2019 roku.
Jest też ciekawe zdanie: "Brytyjczycy nie są już moim narodem".
Wspaniała linijka. Niesamowicie dramatyczna. Brzmi jak coś, co mógłby powiedzieć obalony monarcha? A jednak ci sami ludzie potrafią wykryć innego Brytyjczyka z odległości 500 kroków, po prostu słysząc, jak ktoś prosi o ocet słodowy do posypania ich batatas fritas. Ci Portuconverts prawdopodobnie mają na myśli to, że Brytyjczycy przestali być "ich narodem" per se. W rzeczywistości zwykły emigrant po prostu wyczerpał się codziennym rytmem współczesnego brytyjskiego życia. Harówka, rosnące koszty, wysokie podatki; nie wspominając o ponurej pogodzie i niekończących się plemiennych krzykach politycznych.
Oczywiście, cała brytyjska negatywna polityka i bardzo publiczne wietrzenie brudów "elity" zdecydowanie stwarza poczucie, że zbyt wielu z nas w Wielkiej Brytanii jest w stanie ciągłego gniewu. Portugalia z pewnością oferuje antidotum na te wszystkie bzdury. Tutaj obiady trwają dłużej niż niektóre małżeństwa, pogoda nie przypomina wilgotnego dywanu, a starsi ludzie wciąż wiedzą, jak siedzieć przed kawiarnią, jedząc lunch bez filmowania go na TikTok. Ale zamiast po prostu powiedzieć: "Portugalia bardziej mi odpowiada w dzisiejszych czasach", wielu emigrantów czuje się zmuszonych do całkowitego ceremonialnego odrzucenia brytyjskiego życia. Jest to emocjonalny odpowiednik głośnego głoszenia, że nowy partner jest niesamowity, ponieważ "były" nie doceniał rzemieślniczych oliwek lub grillowanych ryb.
Dziedzictwo
Ironią w tym wszystkim jest to, że tak wielu emigrantów wydaje się być jeszcze bardziej Brytyjczykami po opuszczeniu Wielkiej Brytanii. Importują herbatę na tony metryczne, mają obsesję na punkcie jakości kiełbas własnej marki Intermarché i tworzą grupy na Facebooku poświęcone wyłącznie lokalizowaniu każdego ostatniego słoika Branston Pickle w promieniu 50 mil. Całe rozmowy mogą być poświęcone dyskusji na temat tego, czy portugalski bekon jest "akceptowalny". Ludzie, którzy twierdzą, że wyszli poza brytyjską kulturę, wciąż tracą kontrolę emocjonalną, gdy odmawia im się sosu HP do ich pełnych angielskich śniadań.
Nawet spotkania emigrantów przyjmują rolę ambasadorów, prezentując Brytyjczyków za granicą. Usłyszysz, jak ktoś narzeka na BBC, podczas gdy ktoś inny odważy się wspomnieć o imigracji. Usłyszysz, jak facet z południowej Walii sugeruje, że Portugalia była znacznie lepsza dwadzieścia lat temu. Cała atmosfera będzie przypominać pub w pobliżu Gatwick. Wyjątkowo brytyjska. Nawet jeśli chodzi o wikarego i paczki świeżych truskawek.
Oto prawda, której nikt nie chce przyznać. Wielu z nas nigdy w pełni nie opuszcza miejsca, z którego pochodzi. Wielka Brytania pozostaje głęboko zakorzeniona w duszy, zwykle gdzieś pomiędzy gruczołem sarkazmu a apetytem na herbatę. Ekspaci, którzy deklarują, że "Brytyjczycy nie są już moim narodem", to często ci sami ludzie, którzy organizują masowego grilla z okazji Dnia Świętego Jerzego, z muzyką Eltona Johna i Cliffa Richarda. Będą kiełbaski z Cumberland, ser Cheddar i wystarczająco dużo flag Unii, by zawstydzić The Mall.
Jak widać, Portugalia nie wymazała całkowicie brytyjskości. Zapewniła jedynie mnóstwo słońca i błękitnego nieba, w których można wykonywać tę coraz bardziej banalną formę unikania tożsamości. My możemy to zrobić w znacznie bardziej teatralny sposób, z pocztówkowym tłem.
Irlandczycy, którym nigdy nie brakuje metafor, powiedzieliby tak: "Możesz wyciągnąć człowieka z bagna, ale nie możesz wyciągnąć bagna z człowieka". I spójrzmy prawdzie w oczy, Irlandczycy wiedzą co nieco o procesie relokacji. Są w tym mistrzami. Rzadko jednak słyszę, by wyrzekali się własnego dziedzictwa. Nie. Irlandczycy je celebrują. I robią to z wielką dumą.







Follow us on social media