Podczas pracy w grupie wytwarzana energia często wywołuje „zbiorową euforię” o różnym nasileniu, która – pod mądrym przewodnictwem – może stanowić pomoc w duchowym „ożywieniu”. Jednak w słabo kontrolowanych grupach, gdzie wszystko jest dozwolone, te bardziej dzikie, nieukierunkowane energie mogą również spaść do najniższego wspólnego mianownika, takiego jak zmysłowość, agresja lub gorączkowy „haj” wynikający z religijnego delirium. Wszystko zależy od działających sił. W wielu kręgach typu „guru-groupie” cokolwiek się dzieje, przypisuje się to zazwyczaj guru, który może nie mieć z tym nawet najmniejszego związku. Jednak uczniowie często desperacko pragną, by każde zdarzenie było „mocą guru”, niezależnie od tego, czy ma on zdolność do jej wywołania, czy nie.

Natura duchowa

Atmosfera tak zwanego „intensywnego kursu duchowego” jest zatem często nasycona zbiorową fantazją uczestników. Wywołane podekscytowanie przemawia głównie do umysłu i emocji, a nie do ducha. Tego rodzaju zjawiska mogą zmiatać z nóg – lub pozbawiać rozumu – osoby nieostrożne duchowo. Niektórzy czują, że „oczekuje się” od nich dziwacznych efektów lub że ich duchowa duma wymaga, by postrzegano ich jako „spontanicznie” doświadczających kriji (automatycznych ruchów), podczas gdy inni doprowadzają się do szalenie wybuchowego stanu. Wynikające z tego aberracje, takie jak „holy-rolling”, mówienie językami, „shakti-jumping” czy cokolwiek innego, mają zatem zazwyczaj charakter psychiczny, a nie duchowy.

Nie oznacza to, że zjawiska te nie występują również naturalnie u zaawansowanych adeptów, ale wśród amatorskich początkujących często są one wymuszane. Jednak cokolwiek dzieje się w sytuacji grupowej, tworzy poczucie wspólnoty, spajanej wspólnym doświadczeniem. Chociaż niektóre z tych skandalicznie drogich weekendowych „intensywnych kursów oświecenia” organizowanych przez różne grupy (promowanych przy użyciu technik sprzedażowych rodem z Madison Avenue) mogą tu i ówdzie przynieść przełom umysłowo-emocjonalny, takich wydarzeń nie można utożsamiać ani z samorealizacją, ani z wartością stałego rozwoju wewnętrznego pod przewodnictwem mistrza duchowego. Nie ma więc powodu, by czuć, że coś ci umyka.

Zgodnie z moimi (uczestniczymi) obserwacjami wydarzenia te służą głównie powiększaniu szeregów organizacji i wzbudzaniu ewangelicznego zapału wśród uczestników. Jest to zawsze niebezpieczne dla stabilności duchowej i trzeźwego spojrzenia. Wśród tych, którzy z zadowoleniem z siebie uważają się za „wtajemniczonych”, często rozwija się fanatyczna lojalność wobec własnej grupy, lub, w łagodniejszym ujęciu, rodzi to klikową mentalność, która sprawia, że uczestnicy wydają się niezdolni do przebywania w towarzystwie kogokolwiek poza rówieśnikami ze swojej „grupy” lub swoimi Guru-bhais („braćmi tego samego guru”).

Z drugiej strony prawdziwe „poczucie rodziny”, które skupia się wokół prawdziwego mistrza duchowego i jego nauk, jest pociągające i rozgrzewające serce dla tych, którzy w nim uczestniczą. A dlaczego nie? Nie zwracajmy uwagi na pozorne spekulacje dotyczące tego, dlaczego tam są. Doświadczenie satsangu – czyli obcowania z mądrymi i Prawdziwymi – jest jednym z najważniejszych aspektów życia duchowego. Pod warunkiem, że takie zaangażowanie nie wyklucza osób z zewnątrz (ani nie próbuje ich nawracać) i pozwala zachować otwartość na resztę świata, jest to godny sposób na życie.

Ale niestety! Taka postawa „fanów” najczęściej prowadzi do alienacji osób z zewnątrz i osłabia zdolność członków grupy do radzenia sobie z resztą świata. W sekcjach o orientacji hinduskiej stanie się kimś „wyjątkowym”, na przykład sannyasinem, wtajemniczonym lub swamim, może wprawdzie urozmaicić skądinąd monotonne życie, ale powoduje również wzmocnienie duchowego ego, z którym trudno sobie poradzić. W przypadku Osho jednak sam twierdził, że obdarzał swoich wyznawców tytułami podbudowującymi ego i statusem swamiego, aby uświadomić im, jak bardzo są śmieszni. Wielu przyjęło tytuły, ale nie zrozumiało sedna sprawy. A w przypadku wtajemniczonych dość często na „zwykłych śmiertelników”, którzy nie nosili ubrań w kolorze czerwonym lub pomarańczowym, patrzono krzywo.

Oświecenie

Oczywiście, przynależcie do braterstwa „Guru-bhai”, ale warto pamiętać – póki jesteście w ciele – że świat, w którym żyjecie, nadal jest waszym domem, a reszta ludzkości – waszą rodziną. Jeśli zmuszają was do strachu przed innymi, odejdźcie.

Zbyt wiele sekt stworzyło mentalność „my i oni”, która doprowadziła do katastrofalnych skutków.

A jeśli chodzi o to, dlaczego inni decydują się dołączyć do konkretnej grupy lub sekty – czy motywy innych naprawdę są twoją sprawą? Zajmijmy się raczej sobą. Wszyscy mamy swoje powody, by robić to, co robimy – a przynajmniej tak nam się wydaje. Jednak mogą nami kierować również siły wykraczające poza nasze pojmowanie. W każdym razie każdy z nas otrzymuje to, na co zasługuje karmicznie – niezależnie od tego, czy ma pieniądze, czy nie. Nawet gdybyś był zamożny i znalazł guru, który zajmuje się głównie zarabianiem fortuny dla siebie – czy naprawdę wyobrażasz sobie, że osiągniesz oświecenie dzięki takiej osobie?

Czy możesz mi wskazać kogokolwiek, kto kiedykolwiek osiągnął oświecenie, płacąc wysokie opłaty?

Czego więc, jak sądzisz, jesteś pozbawiony? W takich sprawach konieczne jest rozwijanie duchowej rozeznania. Lepiej ocenisz wpływ guru na siebie podczas spokojnej rozmowy niż podczas „burzliwego” weekendu zorganizowanego przez jego uczniów.

Strzeż się pochwał wielbicieli, gdyż mówią oni z przekrzywką.

Część 3 ukaże się w przyszłym miesiącu.

Fragment książki: „Sharing the Quest: Revelations of a
Maverick Mystic”

Książkę można nabyć na stronie
www.amazon.com lub, aby uniknąć problemów celnych, zamówić z Hiszpanii pod adresem:
www.amazon.es