Kolejną rzeczą jest to, że gdziekolwiek w Portugalii pojawi się kilkunastu brytyjskich turystów, w tajemniczy sposób pojawia się irlandzki pub. To jedno z najciekawszych zjawisk geograficznych współczesnej Europy. Można znaleźć się w sennej wiosce rybackiej w regionie Algarve, gdzie nikt poniżej osiemdziesiątki nie mówi po angielsku, a mimo to jakoś pojawia się tam lokal o nazwie „O'Something's”, z Guinnessem z beczki, szalikami piłkarskimi Celticu, oprawionym zdjęciem dzielnicy Temple Bar w Dublinie oraz szyldem na zewnątrz reklamującym „Pełne irlandzkie śniadania serwowane przez cały dzień”.
Wygląda na to, że Irlandia podbiła Portugalię, nie wystrzelając nawet jednego ziemniaka.
Pierwszą niespodzianką jest to, że sami Irlandczycy wydają się ogólnie całkiem zadowoleni z tego pomysłu. W przeciwieństwie do Włochów, którzy muszą zmierzyć się z „autentyczną” carbonarą z dodatkiem śmietany, czy portugalskiego szefa kuchni obserwującego, jak ktoś polewa bacalhau keczupem, irlandzcy turyści zazwyczaj wkraczają do tych kulturowych oaz z ostrożnym optymizmem.
Guinness jest punktem odniesienia. Zapomnij o gwiazdkach Michelin, wystroju wnętrz czy tym, czy barman potrafi wymówić „Sláinte”. Jeśli Guinness smakuje w porządku, połowa bitwy jest już wygrana. Portugalia stała się w tym zadziwiająco dobra. Wystarczy wejść do wielu lepszych irlandzkich pubów w Algarve lub Lizbonie, a zobaczycie nienaganną technikę nalewania piwa, odpowiednie szkło i tyle ciemnego drewna, że wystarczyłoby na odbudowę długiego statku wikingów.
Źródło: Pexels; Autor: @enginakyurt; Iluzja jest więc niemal kompletna. Niemal. Ponieważ autentyczne irlandzkie puby mają w sobie coś, czego prawie nie da się wyeksportować. Deszcz.
Niekoniecznie na zewnątrz.
W środku. W prawdziwym pubie w Galway czy Donegal panuje pewien wspaniały mrok. Dywan widział rzeczy, o których nie wypada wspominać, stołki barowe mogłyby napisać całe książki, a czyjś pradziadek zajmuje ten sam kąt w każdy czwartek od 1978 roku.
Tymczasem Portugalia upiera się przy słońcu. Trudno więc odtworzyć ducha wiejskiego hrabstwa Clare, gdy oślepiające śródziemnomorskie światło odbija się od wypolerowanych marmurowych tarasów, a ktoś w klapkach zamawia truskawkowe daiquiri.
To prowadzi nas płynnie do tematu klienteli. Najlepsze irlandzkie puby w Portugalii to wspaniałe tygle społeczne. Znajdziesz tu emerytowanych księgowych z Dublina dyskutujących o golfie z hydraulikami z Yorkshire. Niemieccy rowerzyści zamawiają kufel Murphy’s, podczas gdy portugalskie pary odkrywają shepherd’s pie. Nawet holenderscy emeryci wpadają, by obejrzeć mecz piłki nożnej z Premier League, mimo że nie mają absolutnie pojęcia, kto z kim gra. I zawsze jest jakiś samotny Amerykanin, który pyta, czy Guinness to w zasadzie jakiś dziwny rodzaj latte. Ale wszystko to działa zaskakująco dobrze.
Są też muzycy.
Obejrzyj cały film tutaj 👇👇👇
Irlandia dała światu muzykę folkową, a Portugalia – fado. Naturalnie portugalskie puby irlandzkie reagują na to, zatrudniając faceta z Birmingham z gitarą akustyczną, śpiewającego piosenki Oasis. Nikt nie narzeka, zwłaszcza po czwartym kuflu.
Oczywiście nie wszystkie puby irlandzkie są takie same. Niektóre są naprawdę wspaniałe. Te najlepsze z najlepszych potrafią stworzyć ciepłą atmosferę, nie popadając w parodię. Personel zna twoje imię, Guinness odpowiednio się osiada, a jedzenie wygląda na mniej więcej jadalne. Oczywiście muzyka na żywo nieco poprawia atmosferę.
Miejsca takie stają się zarówno pubami, jak i ośrodkami społecznościowymi. Emigranci świętują urodziny, wznoszą toasty za zwycięstwa piłkarskie i odpowiednio opłakują porażki. Przy wspólnych paczkach chipsów Tayto nawiązują się przyjaźnie, a przy lekko podchmielonych dyskusjach zastanawiają się, czy Portugalia w końcu stała się ich „domem”.
Następnie wkraczamy do średniej ligi. Lokale te nie są ani szczególnie irlandzkie, ani szczególnie portugalskie. To po prostu puby. Całkiem przyzwoite puby przebrane za irlandzkie, z plastikowymi koniczynkami na stałe przymocowanymi do ścian. Każda dostępna powierzchnia nosi logo Guinnessa, a ktoś powiesił pod sufitem trzydzieści siedem flag hrabstw, nie do końca rozumiejąc, które hrabstwa reprezentują. W menu znajdziemy lasagne, kurczaka tikka masala, fish & chips, pizzę, hamburgery oraz – z powodów znanych tylko kierownictwu – sushi. Autentyczność zdecydowanie opuściła ten lokal. Mimo to nikt nie wydaje się tym szczególnie zmartwiony. W końcu trudno narzekać, gdy gra Anglia, piwo jest zimne, a ktoś właśnie podał darmowe miseczki z prażonymi orzeszkami ziemnymi.
W końcu dochodzimy do podejrzanej strony spektrum. Każdy kraj ma takie miejsca. Irlandzki pub, w którym każdy mebel wygląda, jakby został kupiony w salonie gier o tematyce pirackiej. Są to miejsca, gdzie jaskrawy, zielony barwnik spożywczy stał się filozofią kulinarną, a z sufitu nieustannie zwisają ogromne dmuchane skrzaty. „Tradycyjna” muzyka irlandzka okazuje się być U2, po których następują The Pogues, a na koniec dodatek w postaci ABBA. Guinness pojawia się po około czternastu sekundach, co od razu mówi każdemu irlandzkiemu klientowi wszystko, co musi wiedzieć: to nie będzie nic wielkiego! Te miejsca to nie tyle irlandzkie puby, co parki rozrywki.
To Disneyland ze złym Guinnessem. A jednak, co dziwne, często są przepełnione, ponieważ turyści niekoniecznie szukają autentyczności. Szukają po prostu tego, co znane.
Irlandzki pub za granicą to nie tyle Irlandia, co poczucie bezpieczeństwa. Ludzie wiedzą mniej więcej, co jest w menu, wiedzą, że prawdopodobnie będzie tam ogromny 65-calowy telewizor pokazujący na żywo mecz piłki nożnej. Wiedzą też, że ktoś tam będzie mówił po angielsku. Po tygodniu heroicznych prób wymowy po portugalsku niezaprzeczalną ulgą jest zamówienie „pie and chips” bez ryzyka, że przez pomyłkę poprosimy o smażoną ośmiornicę.
Być może właśnie dlatego Portugalia tak entuzjastycznie przyjęła koncepcję irlandzkiego pubu. Portugalczycy instynktownie rozumieją, czym jest gościnność. Cenią sobie rozmowy, obfite obiady i długie wieczory. Muzyka i opowiadanie historii to standard, a każdy nauczył się, jak ważna jest kolejna kolejka.
Pod wieloma względami irlandzkie puby w Portugalii są już w duchu irlandzkie. Tylko że w znacznie bardziej słonecznej wersji. Jak na ironię, puby, które wydają się najbardziej autentycznie irlandzkie, to często te, które wkładają w to najmniej wysiłku. Żadnych plastikowych skrzatów, niekończących się zielonych dekoracji ani fantazyjnych czapek z motywem Guinnessa. Po prostu dobre piwo, uczciwe jedzenie, przyjazna obsługa i dobra rozmowa. A jeśli się nad tym zastanowić, to właśnie to sprawia, że prawdziwy irlandzki pub tak dobrze funkcjonuje w samej Irlandii.
Jak więc irlandzkie puby w Portugalii wypadają w porównaniu z oryginałem? Oczywiście, nigdy nie będą identyczne. Nigdy nie mogłyby takie być. W końcu nikt jeszcze nie odkrył, jak zaimportować pięćdziesiąt lat lokalnych plotek, nieprzewidywalną pogodę i faceta o imieniu Seamus, który zajmuje ten sam stołek barowy od czasu wprowadzenia systemu dziesiętnego.
Rzecz w tym, że najlepsze irlandzkie puby w Portugalii nigdy nie będą wiernymi kopiami oryginałów. To po prostu hybrydy. Po połowie Dublin, po połowie Algarve. To w równych częściach „craic” i kultura kawiarniana połączone w jedną całość. Tutaj przekształciły się w coś wyjątkowo własnego.
Tak więc w łagodny portugalski wieczór, przy idealnie nalanej pint, przy dźwiękach muzyki na żywo rozbrzmiewającej w nocy i w gronie przyjaciół zgromadzonych przy stole z widokiem na Atlantyk, możemy zacząć zdawać sobie sprawę, że autentyczność nie polega na bibelotach, wystroju ani położeniu geograficznym. Chodzi po prostu o atmosferę. Nawet jeśli najbliższą rzeczą kojarzącą się z Irlandią jest prognoza pogody RTE w telewizorze za barem oraz facet śpiewający „The Wild Rover”, gdy słońce zachodzi nad Algarve. To chyba wystarczy większości z nas, nie sądzicie?





Follow us on social media