Zdałem sobie z tego sprawę całkiem niedawno, po tym jak spadłem z dość szybkiego (i drogiego) nowego motocykla KTM 500 mojego syna. Rzecz w tym, że jechałem z prędkością zaledwie 20 mil na godzinę przez próg zwalniający, ale spójrzmy prawdzie w oczy – Humpty Dumpty spadł ze ściany, która prawdopodobnie w ogóle się nie poruszała, a wystarczy spojrzeć, co stało się z tym biednym starym nieszczęśnikiem. Cudem motocykl wyszedł z tego praktycznie bez szwanku, ale moja biedna stara miednica pękła w trzech miejscach, podobnie jak lewe biodro. Żeby było ciekawiej, doszło jeszcze do krwawienia wewnętrznego. Tak więc nieźle sobie poradziłem. Żadnych półśrodków.
Co zabawne, to nie sam uraz mnie przygnębił. Ta część była dość prosta. Przeżyłem! Jasne, czułem się okropnie, ludzie się o mnie martwili, a od krewnych, z którymi nie miałem kontaktu od czasów pojawienia się telewizji kolorowej, dostałem kartki z życzeniami. Nieuchronnie w końcu pojawił się ktoś, kto powiedział mi, że kurkuma, sfermentowane mleko jaka lub stanie boso w ogrodzie o wschodzie słońca rozwiąże wszystkie problemy. Co zabawne, nigdy się tego nie dowiedziałem, bo najwyraźniej bzdury nie są przepisywane przez brytyjską służbę zdrowia (NHS).
Nie, naprawdę doprowadzająca do szału część nadeszła później. Samo powracanie do zdrowia. To jedyna „podróż”, podczas której wszyscy mówią ci, żebyś „żył dniem dzisiejszym”, a jednocześnie potajemnie oczekują, że już w następny czwartek będziesz tańczył step.
Dzień po dniu
Największym problemem jest to, że wszyscy wyobrażamy sobie powrót do zdrowia jak ładowanie samochodu elektrycznego. Zaczynamy od dziesięciu procent, podłączamy się do nowoczesnej medycyny, a potem… bing!… przed podwieczorkiem wracamy do stu procent.
Niestety, ludzkie ciało nigdy nie otrzymało takich instrukcji. A przynajmniej moje stare, wyczerpane ciało nie. Dla mnie powrót do zdrowia przypominał British Rail w latach 70. Pociąg posuwa się do przodu w nieoczekiwany sposób, zatrzymuje się bez wyraźnego powodu, cofa się nieco, ogłasza opóźnienia z przyczyn niezależnych od nikogo, ale w końcu dociera do celu długo po tym, jak zapomnieliśmy już, dokąd w ogóle jechaliśmy.
No i są jeszcze konsultanci. Zanim ktoś zacznie się denerwować i sięgnie po formularz skargi, zdaję sobie sprawę, że konsultanci to niezwykle bystrzy ludzie. Wiem, że ci ludzie spędzili lata na zdobywaniu wiedzy, której reszta z nas po prostu nie posiada. Problem nie polega jednak na tym, co faktycznie nam mówią, ale na tym, co my sami wybieramy usłyszeć. Chodzi wyłącznie o interpretację. Konsultant może zauważyć: „U większości pacjentów następuje znaczna poprawa w ciągu sześciu miesięcy”. „Świetnie” – można by pomyśleć. Święta są uratowane, w mgnieniu oka będę wspinać się po górach, remontować wolną sypialnię, a może nawet zacząć uprawiać wyczynowy taniec towarzyski. Jednak sześć miesięcy później ledwo udawało mi się założyć skarpetki bez wydawania odgłosów kojarzonych zazwyczaj z przesuwaniem szaf lub dzikim seksem. Obawiam się jednak, że to właśnie postęp w prawdziwym świecie, a nie w wersji hollywoodzkiej, biorąc pod uwagę, że nie jestem już młodzikiem.
Lekarze mają też irytujący zwyczaj mówienia płynnym „językiem medycznym”. Stwierdzenie typu „Postępy są zgodne z oczekiwaniami” brzmi zachęcająco, dopóki nie zdałam sobie sprawy, że „zgodne z oczekiwaniami” najwyraźniej obejmuje uczucie, jakbym została potrącona przez autobus nr 13. Potem pojawiają się sprzeczne rady. Jedna osoba mówi: „Nie przestawaj się ruszać”. Inna mówi: „Nie przesadzaj”. Ktoś jeszcze mówi: „Słuchaj swojego ciała”. Moje ciało w tamtym momencie było niczym więcej niż niewiarygodnym świadkiem. Jedna noga mówiła „idź na spacer”, podczas gdy druga rozważała podjęcie kroków prawnych.
Spójrzmy prawdzie w oczy – żadna z tych opcji nie była tak kusząca jak ta z sąsiedztwa. Dlatego odkryłem, że prawdziwą sztuczką było zaprzestanie zadawania Doktorowi Google absolutnie jakichkolwiek pytań. A to dlatego, że Doktor Google ma wybałuszone oczy, jest znanym sadystą, schizofrenikiem i doświadczonym psychopatą.
To nie wyścig
Prawda jest taka, że powrót do zdrowia jest podstępny. Ukrywa poprawę na widoku. Pewnego dnia zdajesz sobie sprawę, że wszedłeś po schodach, nawet o tym nie myśląc. Innego dnia wnosisz niekończące się torby z zakupami, nie musząc zaraz potem się położyć. W końcu możesz nawet zauważyć, że minęło kilka godzin, a ty nie rozmawiałeś o swoich najnowszych dolegliwościach z nikim, kto faktycznie chciałby (lub wręcz nie chciałby) cię słuchać. To wszystko są same w sobie drobne zwycięstwa, z których każde jest warte świętowania.
Faktem jest, że nauczyłam się przestać traktować powrót do zdrowia jak wyścig. Widzicie, nie ma tu żadnych medali. Nikt nie pojawił się u moich drzwi z orkiestrą dętą tylko dlatego, że moje ostatnie wyniki badań krwi się poprawiły albo że udało mi się przejść kolejne sto metrów. Jedyną osobą, z którą naprawdę rywalizowałam, była moja wczorajsza wersja. Musiałam więc po prostu być „cierpliwą” pacjentką. Musiałam zaufać moim licznym lekarzom (i równie licznym konsultantom) i nie traktować każdego ich zdania tak, jakby zostało wyryte na kamiennych tablicach. Współczesna medycyna jest niezwykle sprytna, ale nie jest jasnowidzeniem. Musiałam zaakceptować złe dni, bo pojawiały się niezależnie od tego, czy na nie zapraszałam, czy nie. Cieszyłam się z najmniejszych zwycięstw, bo one się sumują i stają się większymi.
A co najważniejsze, nauczyłam się tego: powrót do zdrowia wcale nie przypomina serwisu Netflix.
Nie mogłam przeskoczyć do ostatniego odcinka. Musiałam obejrzeć na raz całą tę smutną sagę, która ciągnęła się znacznie dłużej, niż kiedykolwiek przewidywałam. Po prostu musiałam przetrwać całą tę przeklętą serię, łącznie z wszystkimi powolnymi fragmentami w środku, gdzie wydaje się, że absolutnie nic się nie dzieje. Co dziwne, z perspektywy czasu okazuje się, że to często kluczowe odcinki, w których wyjaśniane są wszystkie istotne szczegóły.
Jeśli więc kiedykolwiek znajdziesz się w podobnej sytuacji, w jakiej ja byłem kilka lat temu, nie poddawaj się. Przed nami zawsze czekają lepsze dni. W końcu całkowicie wyzdrowiałem. I, o rany, jakże jestem za to wdzięczny.









Follow us on social media