Niedawno musiałem pojechać do naszego miasteczka, żeby przedłużyć ważność dokumentu urzędowego (zawsze jest jakiś, który właśnie ma stracić ważność, prawda?). Lubimy jeździć do miasta (o ile osadę liczącą około 2500 mieszkańców można w ogóle nazwać miastem), ponieważ panuje tam przyjemna, swobodna atmosfera, a rosnąca duma mieszkańców sprawia, że jest ono zadbane i przyjazne. Jednak moja sprawa dotyczyła Sądu Gminnego – dość surowego budynku z rozbrzmiewającymi echem korytarzami i salami, gdzie drewniane ławki bez oparć, na których czeka się na swoją kolej, są tak szerokie, że czteroosobowa rodzina mogłaby urządzić piknik na środku jednej z nich. Oczywiście spodziewałem się, że załatwienie mojej prostej sprawy zajmie mi większość poranka, więc przybyliśmy wcześnie i przygotowaliśmy się na czekanie na swoją kolej, podczas gdy biurokracja powoli kręciła swoimi skrzypiącymi trybami.

Było to więc pewnym szokiem, gdy pchnąłem ciężkie drzwi z czasów Salazara i stwierdziłem, że nikt inny nie czeka. Cóż, byli tam ludzie, ale to byli pracownicy, czekający, by sumiennie służyć obywatelom. O rany. To znaczyło, że to ja byłem następny. W naszym kierunku zwróciła się uśmiechnięta twarz, więc usiadłem i wyjaśniłem, czego potrzebuję. Uśmiech stał się jeszcze szerszy. – To będzie łatwe, o tak, bardzo łatwe – powiedziała. Spojrzałem na żonę, szukając wsparcia. Siedziała na szerokiej ławce piknikowej za mną. Podejrzewałem, że to pułapka.

Papierowa droga

To właśnie w takich chwilach mój podejrzliwy umysł przypomina sobie wszystkie wcześniejsze zmagania z długimi biurokratycznymi procedurami państwa i przygotowałem się na ukryte pułapki, ślepe zaułki i doły z niedźwiedziami. Na pierwszym planie moich myśli pojawiło się wspomnienie ogromnej ilości dokumentów wymaganych, gdy braliśmy ślub. W szczególności wciąż widzę twarz tego pana (z braku lepszego słowa), który poprosił mnie o jakieś niejasne dokumenty, które trzeba było sprowadzić z Wielkiej Brytanii, przetłumaczyć, a następnie poświadczyć przez prawnika (albo poświęcić przez biskupa, nie pamiętam już, które z tych dwóch). Trzeba było mu to przedstawić w ciągu 30 dni, w przeciwnym razie pozostałe dokumenty, które zebrałam już w ogromną teczkę, straciłyby ważność.

Nie pamiętam już teraz, co to było, co trzeba było tak pilnie zebrać i przetłumaczyć – prawdopodobnie moje świadectwo z pływania na 14 jardów z czasów szkoły podstawowej albo przepis mojej babci na świąteczny pudding. Niezależnie od tego, co to było, w tamtych przedcyfrowych czasach krzątałem się w pośpiechu (krzątanie to obejmowało również lot do Londynu) i zebrałem plik dokumentów. Zostały one należycie przetłumaczone i poświadczone (lub pobłogosławione) oraz przedstawione w tym samym urzędzie w wyznaczonym terminie. Nie było tam tego zeszłorocznego nadgorliwego pana, a przyjęła mnie bardzo surowo wyglądająca kobieta. Spojrzała ponad oprawkami okularów na dokumenty, które z dumą jej przedstawiłem, i dosłownie rzuciła je na biurko przede mną. „Nie potrzebujemy tego” – powiedziała i oskarżyła mnie o marnowanie jej czasu. Nie jest to coś, o czym łatwo się zapomina.

Postanowiłem więc spróbować odczytać coś z uśmiechu kobiety, która teraz siedziała naprzeciwko mnie w Sądzie Administracyjnym, i przygotowałem się na słowo „ale” albo na zdanie „potrzebujemy...”. Myliłem się. Uśmiech nie znikał. Kobieta krzątała się. Stukała w klawiaturę. Promieniowała profesjonalizmem. Zaprowadziła mnie do potężnej maszyny, która robi zdjęcia, pobiera odciski palców i rejestruje podpis, a potem pobrała ode mnie opłatę. Piętnaście minut po wejściu do budynku znów znalazłem się na ulicy, mrużąc oczy w słońcu i zastanawiając się, jak wypełnić poranek przed obiecanym sobie obiadem w ulubionej restauracji; nagle, w niewytłumaczalny sposób, pojawiło się mnóstwo wolnego czasu.

Zaufanie publiczne

Mniej więcej tydzień później wróciłem, by odebrać gotowy dokument. Oczywiście założyłem, że łatwość, z jaką przeszedłem przez tę procedurę w poprzednim tygodniu, zostanie tym razem zrekompensowana w jakiś makabryczny sposób. Znów nie musiałem czekać na ławkach piknikowych, a ta sama kobieta przywitała mnie tym samym przyjaznym uśmiechem, a kiedy zapytałem, czy dokument jest gotowy, entuzjastycznie potwierdziła, że tak. Dlaczego, na litość boską, miałby nie być? Podskoczyła do szafki, w której był przechowywany, i przeglądała strony, wracając do biurka. – Na tym zdjęciu wyglądasz tak samo nieszczęśliwie, jak w momencie, gdy zostało zrobione – powiedziała, wręczając mi je. To wszystko? Nic więcej? Żadnych pułapek, haczyków ani zasieków na mnie nie czeka?

Po raz kolejny znaleźliśmy się na zewnątrz, zanim zdążyłem się zorientować (choć, trzeba przyznać, zajmuje mi to teraz więcej czasu niż kiedyś). Czas przejść na drugą stronę ulicy i zajrzeć do tego małego sklepiku obok kawiarni. Często ma w sprzedaży jakieś ciekawe rzeczy. Sklep był otwarty, ale na drzwiach wisiała tabliczka. Volta já. Wracam wkrótce. W sklepie nie było personelu, ale był otwarty dla klientów. Wyraz zaufania do klientów. To jeden z powodów, dla których lubimy nasze małe miasteczko.