Z przykrością muszę stwierdzić, że porównanie do Route 66 wydaje mi się kompletnym nonsensem. Wynika to z faktu, że Route 66 była w zasadzie dość prostą drogą, usianą barami, w których serwowano kawę smakującą tak, jakby pochodziła z tylnej części krowy. Natomiast droga N2 to 739-kilometrowy odcinek asfaltu, który wije się i przecina Portugalię od Chaves na północy aż po Faro na słonecznym południu. A po drodze można nawet trafić na jedną lub dwie porządne kawy – a nie krowie siki.

Diva

Niedawno przejechałem trasę N2 Ferrari 355 GTS, co – bądźmy szczerzy – było oszałamiająco złym pomysłem. Model 355 nie jest oczywistym wyborem na epicką podróż przez kraj. Nie jest zbyt wygodny, ma zdejmowany panel dachowy, który skrzypi jak stara szafa, przestrzeń bagażową zaprojektowaną dla Barbie i Kena oraz silnik umieszczony z tyłu, który został skonstruowany w Maranello z jedną jasną instrukcją. „Wyrzuć z siebie całe serce”. Model 355 GTS zdecydowanie nie jest samochodem typu grand tourer; to mechaniczna śpiewaczka operowa, która stanowczo odmawia porządnego „odchrząknięcia” poniżej 5 000 obrotów na minutę. Zasadniczo to diva. Wysublimowany gokart ze skórzanymi fotelami.

Jednak Portugalia to kraj stworzony dla ekscentrycznych samochodów. Drogi są niesamowicie dobre, inni kierowcy jeżdżą energicznie, ale nie na śmierć, a policja (tam, gdzie się pojawia) wykazuje odświeżający brak zainteresowania czerwonym Ferrari, które hałasuje jak szalejący Szatan.

Podróż

Zaczynając na szczycie w Chaves, niedaleko granicy z Hiszpanią, poranek pachniał dobrą kawą zmieszaną z chłodnym powietrzem. Widzicie, to jest północ, gdzie jest dość zielono i wilgotno, a poranki mogą być naprawdę dość rześkie. Po pełnym naładowaniu kofeiną wskoczyłem do samochodu, wsunąłem dźwignię przez metalową bramkę sześciobiegowej manualnej skrzyni biegów na pierwszy bieg, bo model 355 pochodzi z epoki, kiedy Ferrari wciąż wymagało od kierowcy aktywnego udziału. Natychmiast 3,5-litrowy silnik V8 budzi się do życia niczym rozgniewana kolonia os. Przy niskich prędkościach 355 wydaje się nieco niezręczny – sprzęgło jest ciężkie, układ kierowniczy zbyt czuły, a zawieszenie mniej więcej tak miękkie jak drewniany stołek barowy. Ale potem droga się rozszerza, obroty rosną i nagle wszystko nabiera sensu.

Obejrzyj pełną wersję filmu tutaj 👇👇👇


Przy 8 500 obr./min Ferrari nie tyle przyspiesza, co wręcz eksploduje, a towarzyszy temu dźwięk, który powinien znaleźć się na liście UNESCO. Drzewa zamazują się, wzgórza zlewają się ze sobą, a wspaniała trasa N2 natychmiast zaczyna robić to, co potrafi najlepiej. Pnie się w górę, wije się i drażni. To nie jest droga dla czystej mocy, to droga dla równowagi, wyczucia i chęci zaufania, że następny zakręt będzie jeszcze lepszy niż poprzedni. I tak właśnie będzie!

Środkowy odcinek, o którym nikt nie mówi

Wszyscy gadają o początku i końcu epickich tras. Ale geniusz drogi N2 tkwi właśnie w środkowym odcinku. W tym, który wije się przez rozległe, puste Alentejo. Rosną tu drzewa korkowe, które wyglądają, jakby przeszły nieudaną fryzurę u pijanego tureckiego fryzjera, a nad asfaltem często unosi się migocząca mgła upału. Tutaj samochód może się uspokoić. Trzeci i czwarty bieg włączają się jednym ruchem nadgarstka. Układ kierowniczy modelu 355 jest hydrauliczny, dzięki czemu wydaje się żywy, a nie nieco odrętwiały, jak te nowomodne elektryczne układy, które widzimy dzisiaj. W modelu 355 kierownica delikatnie drga w dłoniach, przekazując wszystkie informacje o pochyleniu kół, nawierzchni i aktualnym „nastroju” drogi N2. Nowoczesne Ferrari izolują cię od tego rodzaju wrażeń, niczym lokaj przechwytujący twoją pocztę. Ale model 355 przekazuje wszystko bezpośrednio, z wszystkimi wadami, a do tego od czasu do czasu daje ci klapsa w twarz.

Źródło: Pexels; Autor: Hugo Lamacq;

A co z silnikiem? Och, ten silnik! Wolnossący, absolutnie bez turbosprężarek, które mogłyby zepsuć ci nastrój, bez sztucznych odgłosów; po prostu osiem magicznie aksamitnych cylindrów, wdychających czyste portugalskie powietrze i wydychających absolutną radość. W wioskach staruszkowie przerywają rozmowę, psy milkną. Gdzieś dziecko próbuje rozgryźć, czym jest ta dziwna czerwona rzecz. O to właśnie powinno chodzić w życiu. Niezmącona, czysta radość!

Obiad, wino i ryzykowne decyzje

Portugalia rozumie, czym jest obiad. To nie jest rozmokła kanapka z supermarketu, zjadana z oczami wbitymi w arkusz kalkulacyjny. Nie. To prawdziwe wydarzenie. Zatrzymałem się gdzieś w szczerym polu, zjadłem grillowane sardynki o smaku dymnego węgla drzewnego i wypiłem wino, które kosztuje mniej niż butelkowana woda w Wielkiej Brytanii, ale mimo to smakuje absolutnie bosko. Przez cały ten czas Ferrari stało tam, tykając i klikać jak stara lampa naftowa, ostygając po pełnej wrażeń jeździe. To właśnie ten moment, w którym rozsądni ludzie zakończyliby dzień. I szczerze mówiąc, wino smakowało tak apetycznie, że ja też musiałem zachować rozsądek. Tak więc nieplanowany dzień rozrywek, spędzony na popijaniu wina na zacienionym dziedzińcu hotelowym, stał się bardzo potrzebnym dodatkiem do planu podróży. Ale cóż, gdzieś jest już piąta, prawda?

W kierunku południa

Następnego dnia droga N2 skręca na południe, trasa zaczyna płynąć, a zakręty się rozchylają. Nawierzchnia się poprawia, a samochód może się teraz porządnie rozgrzać i porządnie rozkręcić. Ożywa w sposób, w jaki nowoczesne auta po prostu tego nie potrafią. Nie ma kontroli trakcji, która uratowałaby mnie przed własną głupotą, nie ma dwusprzęgłowej skrzyni biegów, która za mnie wszystko wymyśla. Krótko mówiąc, jeśli coś schrzanię, dowiem się o tym cholernie szybko. Ale jeśli wszystko pójdzie dobrze (a czasami mi się to udawało), to uczucie jest po prostu odurzające. Tylna część samochodu opada, przód wbija się w nawierzchnię, a silnik V8 zaczyna śpiewać. Czas kurczy się do serii idealnych motoryzacyjnych chwil połączonych ze sobą asfaltem. To chyba właśnie dlatego ludzie wybaczają Ferrari wszystkie jego drobne dziwactwa, dlatego tolerują włoską elektronikę i właśnie w ten sposób niektóre samochody stają się legendami.

Źródło: Pexels; Autor: Tânia Roques;

W końcu Faro, ale zbyt szybko

Kiedy pojawiło się Faro, słońce już nisko stało, samochód był brudny, rozgrzany, ale absolutnie wspaniały. W tym momencie byłem już prawie całkowicie głuchy, okropnie poparzony słońcem, wszystko mnie bolało i zdecydowanie potrzebowałem długiej kąpieli z dodatkiem Radox, a potem masażu całego ciała. Jednak pomimo tego wszystkiego wciąż uśmiecham się jak facet, który podjął kilka fatalnych życiowych decyzji, ale mimo to cieszył się każdą z nich do ostatniej.

Widzicie, droga N2 nie tylko połączyła dwa krańce kraju. Dla mnie połączyła samochód z miejscem w sposób, który wydaje się głęboki, a jednocześnie nieco absurdalny. I tak, to prawie mnie zabiło, ale z drugiej strony nigdy nie czułem się tak żywy!

A więc. Czy Ferrari 355 GTS byłoby moim pierwszym wyborem na kolejną długą podróż? Absolutnie nie. Czy jutro zrobiłbym to ponownie? Bez wahania – TAK! Dzieje się tak, ponieważ niektóre drogi zasługują na świetny samochód, a niektóre samochody zasługują na świetną drogę. Portugalska droga N2 i ostatnia prawdziwie oldschoolowa bestia V8 od Ferrari to po prostu jedno z tych rzadkich, idealnych, choć nieco szalonych połączeń. I szczerze mówiąc, światu przydałoby się ich kilka więcej, pomimo bólu pleców.