Stary samochód postrzegano jako coś, na co decydowało się z desperacji albo dlatego, że wujek Derek upierał się, że jego kombi z silnikiem diesla z 1998 roku „ma jeszcze sporo życia przed sobą”, mimo że brzmiało jak betoniarka pełna starych sztućców. Jednak w znacznej części Europy, zwłaszcza w miejscach, gdzie świeci słońce, biurokracja działa sprawnie, a zdrowy rozsądek przeważa, dzieje się coś dość ciekawego. W krajach takich jak Portugalia wybuchł bunt przeciwko comiesięcznym ratom, krzywym amortyzacji i przytłaczającej nieuchronności umów kredytowych, które trwają dłużej niż większość małżeństw. Witamy w świecie „Bangernomiki”.


Dla niewtajemniczonych: „bangernomika” to szlachetna sztuka jeżdżenia tanim, starszym samochodem, wydając na niego jak najmniej pieniędzy, jak to tylko możliwe. A przy tym można z zadowoleniem uśmiechać się do sąsiadów, którzy właśnie zaciągnęli kolejny kredyt hipoteczny na swój dom, by pozwolić sobie na lśniący niemiecki SUV o mocy obliczeniowej przewyższającej misje Apollo.

Śródziemnomorskie pastele

Na przykład w Portugalii drogi są pełne samochodów, które w Wielkiej Brytanii zostałyby uroczyście zezłomowane gdzieś w czasach rządów Blaira. Stare peugeoty z silnikami diesla dzielnie sobie jeżdżą, a ich lakier wyblakł pod wpływem dziesięcioleci nieustannego słońca do odcieni przypominających śródziemnomorskie pastele. Stare sedany Mercedesa suną obok niczym emerytowani pułkownicy: dostojne, lekko skrzypiące, ale zupełnie nie przejmujące się całym tym współczesnym nonsensem. I nikt nawet nie mruga okiem.

Bo ludzie tutaj doszli do pewnego wniosku. Samochody nie muszą być drogie.

To oczywiście herezja w Wielkiej Brytanii. W Wielkiej Brytanii zostaliśmy uwarunkowani, by wierzyć, że samochód musi być albo nowy, prawie nowy, albo sfinansowany na skrajne granice możliwości. W chwili, gdy pojazd ośmiela się zbliżyć do sześciocyfrowego wyniku na liczniku, zaczynamy traktować go tak, jakby zaraził się zakaźną chorobą. W Wielkiej Brytanii nie moglibyśmy jeździć starym rzęchem, bo wolimy trzymać się naszych umów PCP jak kocyków bezpieczeństwa. Wmawiamy sobie, że rodzinny samochód trzeba wymienić, bo coś może się zepsuć. Cóż, oto pewna refleksja. Coś na pewno się zepsuje. Taka jest po prostu natura maszyn. I tu pojawia się kluczowa kwestia: naprawy często nadal są tańsze niż wydawanie 400 funtów miesięcznie za przywilej obserwowania, jak nowy samochód traci na wartości szybciej niż obietnica polityka.

Źródło: Facebook;

Wyraz stylu życia

W Portugalii ludzie to rozumieją: samochód to narzędzie, a nie wyraz stylu życia. Nie jest przedłużeniem naszej osobowości ani jeżdżącą świątynią naszych zdolności kredytowych. To coś, co przewozi ludzi z punktu A do punktu B, najlepiej z klimatyzacją, która działa przez większość czasu. I właśnie dzięki takiemu podejściu ludzie znacznie mniej przejmują się tym, czym jeżdżą. Rys? Kogo to obchodzi? Wgniecenie? Dodaje charakteru. Tajemniczy stukot? Podkręć radio. Tymczasem w Wielkiej Brytanii pojedyncze odpryski od kamienia mogą wywołać kryzys egzystencjalny.

Ekonomia „Bangernomiki” jest, szczerze mówiąc, nie do odparcia. Powiedzmy, że wydajesz 1 500 funtów na stary samochód. Nie jest on efektowny, nie jest szczególnie szybki, nie ma oświetlenia ambientowego, które można ustawić na tryb „Arctic Serenity” ani żadnej innej bzdury, którą producenci w tym roku próbują nam wmówić. Ale po prostu działa. Możesz nim jeździć przez kilka lat, wydając trochę na konserwację i komplet nowych opon. A kiedy w końcu wydycha ostatnie tchnienie, sprzedajesz go za 300 funtów albo oddajesz na złom za cenę mniej więcej równą kosztowi porządnej nocy na mieście.

Całkowity koszt? Grosz.

Porównaj to z przeciętnym brytyjskim kierowcą, który jest uwięziony w finansowej pułapce wymagającej comiesięcznych rat w wysokości mniej więcej równej niewielkiemu kredytowi hipotecznemu, do tego dochodzi ubezpieczenie, przeglądy oraz narastający strach wynikający ze świadomości, że nigdy nie będziesz faktycznym właścicielem tego pojazdu. I po co to wszystko? Żebyś mógł stać w korkach, siedząc w czymś z ekranem dotykowym, z którego ledwo się orientujesz?

Obejrzyj cały film tutaj 👇👇👇


Nowoczesne samochody

OK! Wiem, że nowoczesne samochody są bezpieczniejsze, bardziej ekologiczne i nieskończenie bardziej wydajne. W większości przypadków nie rozpadną się spontanicznie na autostradzie A22 podczas lekkiej mżawki. Są jednak również oszałamiająco drogie i coraz bardziej skomplikowane, co oznacza, że gdy coś pójdzie nie tak (a tak się stanie), nie naprawisz tego kluczem i odrobiną optymizmu. Ktoś naliczy ci 100 euro za podłączenie auta do komputera diagnostycznego, podczas gdy ty będziesz się modlić, by kod błędu nie brzmiał [DEV:666] – co może oznaczać konieczność sprzedaży nerki.

Natomiast „Bangernomics” jest cudownie prosta. Starsze samochody są zazwyczaj mniej skomplikowane. Mniej elektronicznych sztuczek oznacza mniej rzeczy, które mogą pójść katastrofalnie źle. A kiedy już tak się stanie, naprawy są często proste i stosunkowo tanie. Jest też pewna swoboda w jeżdżeniu samochodem, do którego nie podchodzisz zbyt sentymentalnie. Można go zaparkować gdziekolwiek bez przeprowadzania oceny ryzyka, można wrzucać rzeczy do bagażnika bez obaw o zarysowanie tapicerki. Krótko mówiąc, da się z nim żyć.

Dlaczego więc Wielka Brytania nie przyjęła w pełni tej filozofii?

Częściowo wynika to z kultury. Lubimy błyszczące, nowe rzeczy, które sprawiają, że wydajemy się ludzie sukcesu. Widzicie, istnieje głęboko zakorzenione przekonanie, że nasze samochody mówią coś o tym, kim jesteśmy, nawet jeśli sugerują, że nie potrafimy podejmować rozsądnych decyzji finansowych. Można by dyskutować o drobnej kwestii przepisów, czyli strefach emisji, korzystnych podatkach drogowych i ulgach ubezpieczeniowych. Wszystko to może sprawić, że użytkowanie starszego samochodu w Wielkiej Brytanii jest bardziej skomplikowane, niż być może powinno. Nie jest to jeszcze niemożliwe, ale może wymagać nieco więcej przemyślenia.

Źródło: envato elements; Autor: duallogic;

No i jest jeszcze pogoda. W Portugalii samochód może przetrwać dziesiątki lat, nie rozpadając się na kupkę płatków owsianych. W Wielkiej Brytanii wystarczy niewielka warstwa soli, by nawet najwytrzymalszy pojazd popadł w egzystencjalną spiralę. Oznacza to, że „bangernomika” w Wielkiej Brytanii wymaga nieco większej czujności i gotowości do ponoszenia sporadycznych kosztów spawania.

Jednak nawet pomimo wszystkich tych wyzwań logika „bangernomiki” pozostaje przekonująca. Po co wydawać fortunę na coś, co traci na wartości w chwili, gdy wyjeżdżasz nim z salonu, skoro za ułamek samej tej utraty wartości można kupić coś, co już poniosło ten cios? Po co wiązać się wieloletnimi ratami za samochód, który ostatecznie spełni tę samą rolę, co pojazd starszy o dziesięć czy piętnaście lat? Krótko mówiąc, dlaczego nie wszyscy tak postępujemy?

Zmiana sposobu myślenia

Być może dzieje się tak dlatego, że „bangernomics” wymaga niewielkiej zmiany sposobu myślenia? Gotowości do zaakceptowania niedoskonałości. Do przedkładania wartości nad próżność. Aby zaakceptować ideę, że samochód jest w gruncie rzeczy tylko maszyną. Kiedy już dokonasz tej zmiany, niezwykle trudno jest wrócić do poprzedniego sposobu myślenia, ponieważ pokonanie systemu i odmowa grania zgodnie z ustalonymi zasadami daje głęboką satysfakcję. Przejeżdżanie obok rzędów lśniących, kupionych na raty maszyn w pojeździe, który kosztował znacznie mniej niż ich początkowa zaliczka, ze świadomością, że to właśnie ty wyszedłeś na swoje, jest samo w sobie bezcenne

. Tak więc, Europejczycy, a zwłaszcza tutaj, w skąpanej w słońcu Portugalii, mogą faktycznie być na tropie czegoś ważnego

.

Pytanie brzmi, czy brytyjscy kierowcy kiedykolwiek się obudzą, poczują zapach przysłowiowej kawy i zorientują się, że czasami najmądrzejszym posunięciem nie jest posiadanie nowego samochodu, zwłaszcza jeśli ich charakterystyczny, stary i sprawdzony pojazd nadal spełnia swoje zadanie.